365 dni minęło, jak jeden dzień! cz.1

6 wrzesień 2016. To tego dnia wysiadając z samolotu na lotnisku w Bergamo zdałem sobie sprawę, że czeka mnie rok pełen nowych doświadczeń w nowym kraju. Wiedziałem też, że to jaki ten rok będzie, zależy głównie od mojej postawy wobec nowej rzeczywistości. Więc jaki naprawdę był ten rok?

Dzisiaj w ramach wpisu na blogu przeprowadzę eksperyment i użyję swojej fantazji. Załóżmy, że jestem już znanym podróżnikiem, blogerem. Właśnie spotykam się ze znanym dziennikarzem Janem Ciekawskim, aby porozmawiać o ostatnim roku mojego życia. Oto jak mógłby wyglądać taki (nie)subiektywny wywiad.

Występują:

JC – Jan Ciekawski

WD – Wojciech Dynda

IMG_20170719_160403

JC: Cześć Wojtek. Bardzo się cieszę, że znalazłeś chwilę czasu na rozmowę. Widać, że pozytywne nastawienie Cię nie opuszcza.

WD: Witam serdecznie. Bardzo mi miło, szczególnie, że możemy porozmawiać po polsku.

JC: Zacznę może od końca. Jak wiemy, miałeś pewien nieprzyjemny incydent w czasie pracy. Co się stało dokładnie?

WD: To było prawie 7 tygodni temu. Graliśmy z chłopakami ze świetlicy w piłkę. Czyli nie było to nic nowego. Przez poprzednie 11 miesięcy na wolontariacie jednym z moich zadań była zabawa z dziećmi, również była to gra w piłkę. Rzekłbym, że czułem się już w świetnej kondycji fizycznej. W końcu przez 11 miesięcy robiłem niesamowite rzeczy i wymagało to ode mnie bycia w dobrej formie. Tak, że graliśmy już około 1,5 godz i nagle biegnąc do piłki usłyszałem trzask i poczułem blokadę w kolanie. Od razu wiedziałem, że coś niedobrego się wydarzyło. Posiedziałem 20 minut z boku i powiedziałem przełożonej, że koniecznie muszę jechać na oddział ratunkowy bo noga jest zablokowana. Nie było mowy o poruszaniu się.

JC: A jak zareagowali podopieczni?

WD: Generalnie odpowiedzieli szokiem i niedowierzaniem. Jeden z nich chciał dzwonić po karetkę. Inny pytał się czy zaraz wrócę do gry. Ostatecznie szefowa zawiozła mnie na SOR i wtedy zaczęła się naprawdę niesamowita telenowela związana z lokalną służbą zdrowia i komunikacją z organizacjami włoskimi, odpowiedzialnymi za mój pobyt w Italii.

JC: Czy dostałeś potrzebne wsparcie?

WD: W zasadzie tak. Natomiast odbywało się to w naprawdę w niezawodnym, iście włoskim tempie i z włoskim podejściem. Zacznijmy od tego, że w szpitalu w Bolzano, po zrobieniu rentgena, lekarze uznali, że szyna na nogę, zastrzyki w brzuch wystarczą i wysłali mnie do domu. Kazali wrócić za tydzień na obserwację. Po czym na drugi dzień noga zrobiła się dwa razy większa. Pojechaliśmy więc kolejnego dnia do innego szpitala w Bressanone, gdzie wg opinii wielu pracują najlepsi specjaliści od ortopedii w Tyrolu. Ostatecznie okazało się, że kontuzja jest naprawdę poważna. Uszkodziłem łękotkę przyśrodkową oraz całkowicie zerwałem więzadło krzyżowe w kolanie.

JC: Z pozoru niewinny uraz okazał się być bardzo poważny.

WD: Do czasu diagnozy lekarza miałem jeszcze nadzieję, że szybko powrócę do zdrowia. Natomiast diagnoza była niezbyt wesoła. Natomiast co mogłem zrobić w tej sytuacji? Od początku zaakceptowałem tą sytuację, bo nic lepszego nie można zrobić w takiej sytuacji. Problem pojawił się natomiast w poziomie wsparcia od organizacji. Pewne problemy komunikacyjne, różne podejścia i oczekiwania sprawiły, że od momentu kontuzji aż, do końca wolontariatu czyli 31 sierpnia, atmosfera była bardzo napięta.

JC: A z czego to wynikało Twoim zdaniem?

WD: Tak jak powiedziałem, ja miałem inne podejście do tego jak w takiej sytuacji powinny się zachować organizacje. Włosi też myśleli co innego. To też wynika moim zdaniem z pewnych różnic między kulturą włoską, a polską. Inną kwestią było to, że z racji, że w czasie mojego wolontariatu miałem nad sobą 2 organizacje: koordynującą i goszczącą, pojawił się trochę problem odpowiedzialności za zaistniałą sytuację. Oczywiście jestem odpowiedzialny za swoje zdrowie i swoją nogę, natomiast w takiej sytuacji nie byłem w stanie sam zatroszczyć się o wszystko i potrzebowałem wsparcia. Prosiłem i ostatecznie dostałem pomoc. Aktualnie jestem po jednej operacji. Skupiam się na rehabilitacji. Wszystko idzie w końcu w dobrym kierunku.

JC: Dalej jesteś w Bolzano.

WD: Tak, ostatecznie moja organizacja zachowała się bardzo dobrze i pozwoliła mi pozostać przez jakiś czas w mieszkaniu wolontariuszy. Aktualnie jestem sam. Starzy kompani wyjechali, a nowi dopiero przybędą. Na temat ostatnich 7 tygodni można napisać odrębną książkę. Najważniejsze jest to, że już w tym momencie dostrzegam pozytywne aspekty tej całej sytuacji.

JC: Skoro wszystko idzie pomyślnie to tylko się cieszyć. Na pewno masz już w głowie kolejne przygody.

WD: Tak, aczkolwiek aktualnie koncentruję się na przygodzie ze służbą zdrowia:

JC: Jakbyś miał się cofnąć w czasie do momentu podjęcia decyzji o wyjeździe na wolontariat to jaka by ona była?

WD: Zrobiłbym dokładnie to samo.

JC: Ale przecież doznałeś kontuzji?

WD: Kontuzji mogłem się nabawić nawet jakbym był w Polsce, Tajlandii czy w Zambii. W pewnym zakresie to sytuacja losowa. Ogrom doświadczenia jakie nabyłem w ciągu ostatniego roku jest trudny do opisania. W zasadzie każdego dnia uczyłem się czegoś nowego. Nawet wykonując z pozoru te same czynności. Ta kontuzja pod koniec pobytu wbrew pozorom wydaje się być czymś co mnie buduje, a nie niszczy.

JC: Jaki jest ten Wojtek teraz, w porównaniu do tego, który przyleciał do Bolzano rok temu?

WD: Przede wszystkim wzbogaciłem się o nowe perspektywy i sposób patrzenia na życie. W Bolzano kultura austriacka miesza się z kulturą włoską. Region posiada autonomię i życie jest tu zupełnie inne niż w pozostałych włoskich regionach. Spotkałem tutaj wielu wolontariuszy z obcych krajów. Nie wspomnę o tym, że pośród lokalnej zbiorowości jest wielu ludzi, którzy wyemigrowali z Afryki, Bliskiego Wschodu i innych krajów, aby tutaj znaleźć lepsze życie dla siebie i swoich rodzin. Sam miałem okazje pracować z dziećmi z takich rodzin.

JC: Czy można porównywać te dzieci z dziećmi polskimi czy włoskimi?

WD: Dzieci to dzieci. Nie zamierzam wychwalać ani nikogo oceniać. Natomiast jedno mogę powiedzieć. Do mojej świetlicy przychodziły dzieci może z 10 różnych krajów. Mimo, że rodziny tych dzieci wyemigrowały i wszyscy znaleźli się tutaj w Bolzano, to i tak dało się zauważyć rozmowy i starcia na tle narodowościowym. Kłótnie, wyzwiska, poniżenia. Jedyne co można zrobić w takich sytuacjach, to edukacja do poszanowania drugiej osoby takim jakim jest, bez względu na rasę, pochodzenie, kolor skóry. Oczywiście największą rolę odgrywają tutaj rodzice. Natomiast my jako edukatorzy możemy dorzucić swoją cegiełkę do kształtowania osobowości tych młodych ludzi.

JC: Dzieci z 10 krajów. To mówią też różnymi językami.

WD: Tak, natomiast większość z nich urodziła się tutaj w Bolzano. W Bolzano dzieci kształcą się po włosku i po niemiecku. Oczywiście jeden z języków przeważa, w zależności od szkoły, do której uczęszczają. Więc tym bardziej zwróćmy uwagę na to, jak duży wpływ ma wychowanie w domu rodzinnym. Bo jak to możliwe, że chłopak z rodziny irackiej, który nigdy nie był w swoim kraju, wywyższa się nad kolegą pochodzenia marokańskiego? W mojej świetlicy „językiem urzędowym” był niemiecki. Język jest tutaj środkiem do pracy nad wychowaniem tych dzieci. W Szkole przez 8 lat uczyłem się tego języka, natomiast nigdy nie potrafiłem rozmawiać po niemiecku. Po zakończeniu szkoły średniej przez 9 lat nie miałem w zasadzie żadnego do czynienia z dojczem.

JC: A teraz czujesz się mocno z niemieckim?

WD: Teraz jestem w stanie rozmawiać. Musiałem to robić codziennie w świetlicy. Taka praktyka językowa daje nieporównywalnie więcej niż podręczniki czy ławka szkolna. Więc jeśli tylko pojawia się możliwość pobytu za granicą i nauki języka na żywo, warto to zrobić dla swojej przyszłości. Wiemy, jak zmienił się świat i o ile więcej mamy możliwości, gdy znamy język obcy. A jak znamy kilka z nich to naprawdę tylko pogratulować. Cały czas pracuję nad poprawą moich umiejętności. Porównuję siebie z tym jak mówiłem miesiąc, dwa miesiące czy rok temu. Jeśli ktoś mi powie, że potrafię to czy tamto, albo że mówię dobrze czy źle w obcym języku, to ja odpowiem, że nie interesuje mnie to co ktoś myśli na ten temat. Interesuje mnie to czy jestem zaangażowany w mój rozwój i czy z perspektywy czasu poprawiłem swoje umiejętności.

JC: A język włoski? W końcu wolontariat miał miejsce w Italii.

WD: Przez ten cały rok miałem unikalną możliwość rozwoju moich umiejętności aż w 3 językach obcych: włoskim, niemieckim i angielskim. Jeśli chodzi o włoski, to przed przyjazdem moja znajomość tego języka zbiegała się do pewnych słów jak pizza, cappuccino, spaghetti, calcio i oczywiście „ciao bella”. Jeśli jesteś mężczyzną i wybierasz się do Włoch od na początek wystarczy, że potrafisz powiedzieć „ciao bella”. Po roku praktyki potrafię mówić płynnie italiano, natomiast chcę popracować nad moim arsenałem słów i wyrażeń. Czasem brakuje znajomości słów, natomiast italiano ze swej natury opiera się na prostocie i dlatego łatwo znaleźć słowa zastępcze, aby po prostu móc się porozumieć.

JC: A angielski?

WD: Po roku pobytu widzę, jak znacznie poprawiłem swoje umiejętności mówienia również po angielsku. A wszystko dzięki temu, że w Bolzano było wielu wolontariuszy z innych krajów (Niemcy, Bośnia, Chorwacja, Francja, Portugalia, Armenia) i szczególnie przez pierwsze miesiące naszym wspólnym językiem był właśnie angielski.

JC: W jaki sposób to wpływało na Twoje samopoczucie?

WD: Czułem się jak ryba w wodzie mając możliwość szlifowania aż tylu języków obcych. Niejednokrotnie miewałem momenty, kiedy mój mózg przestał pracować. Potrzebowałem wtedy odpoczynku i uporządkowania się nowej wiedzy. Jest to naturalna reakcja przy tak dużym wysiłku intelektualnym. Z perspektywy roku czasu zrobiłem milowy krok naprzód.

JC: Czy w Bolzano również mieszka wielu naszych rodaków jak to ma miejsce w Anglii czy Niemczech?

WD: Szczerze mówiąc to praktycznie nie miałem w Bolzano do czynienia z Polakami. Okazuje się, że brak możliwości mówienia po polsku i znalezienia polskiej grupy wsparcia w Bolzano dał mi korzyść w postaci konieczności mówienia w obcych językach. Jedynym takim polskim epizodem w Bolzano, o którym warto wspomnieć jest moja znajomość z kolegą, którego poznałem przypadkowo po polskiej Mszy. Mariusz przebywał tutaj kilka tygodni w pracy przy zbiorach. Mariusz, serdeczne pozdrowienia i miło wspominam pizzę i kawę w Bolzano!

c.d.n.

1 komentarze on “365 dni minęło, jak jeden dzień! cz.1

  1. Pingback: 365 dni minęło, jak jeden dzień! cz.2 – Życie to przygoda dla odważnych

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *