365 dni minęło, jak jeden dzień! cz.2

365 dni minęło, jak jeden dzień! cz.2

Kontynuacja wywiadu z poprzedniego wpisu. Poprzednią część można przeczytać pod tym linkiem https://przygodazyciablog.wordpress.com/2017/09/08/365-dni-minelo-jak-jeden-dzien/ ——————————————————————————————————————————- JC: Jaka sytuacja związana z językami była dla Ciebie największym wyzwaniem? WD: Cały rok był jednym dużym wyzwaniem językowym. Można by tutaj wiele wymieniać w tym kontekście. Jeśli bym miał wskazać najtrudniejszą sytuację, to powiedziałbym że był to sam początek. Gdy pierwszego dnia pojawiłem się w mieszkaniu, spotkałem drobną dziewczynkę z niebieskimi włosami. Po krótkiej wymianie zdań okazało się, że to Linda, wolontariuszka z Gwatemali. Zdumiony byłem i to bardzo. A jeszcze bardziej jak się okazało, że ona nie mówi po angielsku. Oboje nie potrafiliśmy wtedy mówić nic po włosku, oprócz kilku słów. Byłem wtedy niesamowicie zdeterminowany i na drugi dzień sciągnąłem na telefon słownik polsko-hiszpański i przez pierwszy miesiąc nasza komunikacja była oparta o wykorzystanie nowych technologii. Do tego doszedł język gestów i można było się porozumieć. Było nawet przy tym trochę zabawy. Dla mnie to było dużym wyzwaniem, gdyż nie miałem większego pojęcia o hiszpańskim. Efekt był taki, że przez jakiś czas służyłem za tłumacza między latynoską koleżanką a pozostałymi lokatorkami z Niemiec. Sytuacja ustabilizowała się po ponad miesiącu, gdy znajomość podstaw włoskiego pozwoliła rozpocząć rozmowy w tym języku. JC: Jak Włosi reagują na obcokrajowców próbujących mówić w ich języku? WD: Bardzo pozytywnie. Od samego początku wystarczyło powiedzieć jedno czy dwa zdania po włosku, aby otrzymać komplement od rodzimych mieszkańców. Pamiętam jak będąc tutaj niespełna 2 tygodnie, zjeżdżałem kolejką linową do Bolzano i była tam ze mną tylko jedna starsza Pani. Postanowiłem rozpocząć konwersację. Udało się porozumieć w sposób wystarczający do wzajemnego zrozumienia. Posiłkowałem się wtedy intensywnie słownikiem polsko-włoskim. Kobieta była bardzo cierpliwa bo kilka razy musiałem szukać w słowniku odpowiedniego słowa. I na koniec otrzymałem komplement, że bardzo dobrze mówię italiano. To pokazuje, jak bardzo Włosi doceniają zaangażowanie obcokrajowców w nauce ich języka. Często nawet sami pomagają i dopowiadają słowa. Muszę przyznać, że takie reakcje Włochów zawsze dawały mi dużo nowej energii i zapału do dalszej aktywnej edukacji. Po roku czasu mam już solidną bazę językową i potrafię płynnie mówić, mimo braku bogactwa językowego. Wszystko jeszcze przede mną. JC: Czy wypracowałeś jakąś szczególną metodę nauki języka obcego, którą poleciłbyś innym? WD: Myślę, że nic nowego tutaj nie powiem. Żeby mówić trzeba mówić. Żeby rozumieć, trzeba słuchać jak najwięcej. Myślę, że języka uczymy się po to, aby rozmawiać. Dlatego ważne jest, aby od pierwszego dnia zacząć używać w praktyce języka. Ja miałem tę przyjemność codziennego mówienia w kilku językach. Jeżeli ktoś nie ma takich możliwości, to obecne czasy oferują nam wiele możliwości online, gdzie też można znaleźć ludzi chętnych do rozmowy, często bez ponoszenia dodatkowych kosztów. Bardzo doceniam również szkołę językową w Bolzano, gdzie uczęszczałem na kurs włoskiego. Cały kurs odbywał się po włosku. Kursanci pochodzili z różnych krajów, a mimo tego zawsze atmosfera na zajęciach była przednia. Dużo pozytywnej energii i poczucia humoru. To sprawiało, że z niecierpliwością wyczekiwałem kolejnych zajęć. Natomiast chciałbym zwrócić uwagę na jedną kwestię, która mi bardzo pomogła. Po kilku dniach pobytu miałem na telefonie już nie tylko słownik hiszpański, ale również niemiecki, włoski, angielski. To jest niesamowita wygoda i możliwość obecnych czasów. Czy możemy sobie wyobrazić osobę chodzącą wszędzie z 4 książkami pod ręką, słownikami językowymi? Myślę, że to mało prawdopodobne. Tymczasem mamy w ręku potężne narzędzie i jakie możliwości. Dzięki tym aplikacjom bardzo szybko mogłem na bieżąco używać słów, których nie znałem do tej pory. A po wielokrotnym powtórzeniu, większość tych słów zostaje już w pamięci i można się cieszyć przyjemnością rozmawiania w języku obcym. JC: Czego jeszcze nauczyłeś się oprócz języków? WD: Wielu rzeczy. Można by książkę napisać. Najbardziej cenię sobie różnorodność sytuacji, w których się znalazłem i ludzi, jakich poznałem. Często rutyna i powtarzalność sprawia, że życie traci smak i brakuje tego wigoru co wcześniej. Tymczasem wystawianie się na nowe bodźce, sprawia, że znowu powraca ta energia, która napędza nas do działania i aktywności w życiu. Podam kilka przykładów na to, czego nauczyły mnie kontakty jakie nawiązałem w ciągu tego roku w Bolzano. Od moich współlokatorek z Niemiec nauczyłem się, że nie warto szukać problemów tam gdzie ich nie ma. Mam tu na myśli rzeczy błahe i nieistotne. Oczywiście one postępowały trochę odwrotnie do tego, więc zobaczyłem, że lepiej szukać rozwiązań niż problemów. Od koleżanki z Armenii nauczyłem się, że warto szanować swój kraj i swoje tradycje. Jej postawa była nacjonalistyczna, często dało się zauważyć, że brakuje jej rodaków czy wyrazów kultury ormiańskiej. Wreszcie, moje próby podchodów do niej skończyły się fiaskiem. Ostatecznie powód sprowadzić do tego, że nie jestem Ormianinem. Nawet jeśli to półprawda, to przynajmniej było to powodem do wielu żartów i utrzymania dobrego kontaktu. Spotkałem również 2 dziewczyny z Niemiec, które swoją postawą zaprzeczyły wszelkim stereotypom jakie znamy nt. naszych zachodnich sąsiadów. Życzliwość, otwartość, tolerancja – takimi słowami mógłbym je opisać. Innym przykładem jest kolega Francuz, który pokazał mi, że warto postawić na swoim w każdym aspekcie życia. W szczególności chodzi tutaj o otwarte pokazywanie swojego punktu widzenia, jeżeli sprawy nie idą po naszej myśli. Często pozwala to wyjaśnić nieporozumienia i osiągnąć zamierzone cele. Sam zachowałem się w ten sposób pod koniec pobytu, gdy nabawiłem się kontuzji kolana i nie odczuwałem zbytniej opieki ze strony organizacji. Ostatecznie otrzymałem pomoc nawet, kiedy umowa wolontariatu już upłynęła. JC: Z tego co widać było na zdjęciach, to byłeś otoczony przez kobiety. WD: Tak. Inaczej bym się tu nie wybierał … ha ha. Poważnie mówiąc, to w Bolzano spotkałem ponad 20 wolontariuszy z innych krajów. Większość z nich stanowiły dziewczyny, ale to chyba wynika z charakteru jaki ma praca społeczna. Nadal większość stanowią kobiety. Z perspektywy czasu uważam, że warto jest zachować pewien balans jeśli chodzi o czas spędzany z kobietami i mężczyznami. Każdy wnosi coś innego do naszego życia, inny punkt widzenia, inną energię. JC: Czy byłą jakaś niebezpieczna sytuacja z jaką miałeś do czynienia? WD: To była sprawa trochę kryminalna. Opisałem to nawet na swoim blogu. Mieliśmy w bloku sąsiadów z Albanii, którzy swoją agresywną postawą sprawiali, że nawet administratorzy mieszkania bali się z nimi rozmawiać. Była to para z kilkumiesięcznym dzieckiem. Nieraz dało się słyszeć krzyki, trzaski, rozbite przedmioty. Tymczasem oberwało się nam. Pewnego dnia, lokatorka wychodząc rano z mieszkania ponoć „zamknęła głośno drzwi”. Sąsiad był tak uniesiony tą sytuacją, że zaczął grozić, rzucać wyzwiskami. Zbiegło się to z tym, że wysiadły nam korki w mieszkaniu. Poszedłem do piwnicy to naprawić. Gdy wracałem do windy, spotkałem wychodzącego sąsiada, bardzo zdenerwowanego i pytającego czy to ja mieszkam na ostatnim piętrze. Rzekomo robiliśmy hałas. Ale poszedłem dalej nie wchodząc zbytnio w dyskusję. Jakież było moje zdziwienie, że nie mogłem otworzyć żadnych drzwi. Tym kluczem co zawsze otwierałem. Okazało się, że w środku zamków był klej, który po kilku minutach zasechł i zupełnie uniemożliwił wejście do środka. Dobrze, że jedna lokatorka była w środku, inaczej byśmy nie weszli. Oczywiście został wezwany nasz dyrektor. Ślusarz przyjechał, wymienił zamki. Lokatorka płakała, bo bała się tych ludzi. Tego dnia byliśmy nawet na kwesturze złożyć zeznania. Obecnie sprawa nadal się toczy w sądzie, ale nie mam pojęcia jak to wygląda. Natomiast owi niebezpieczni sąsiedzi po jakimś czasie musieli się wyprowadzić i już wszyscy mają z nimi święty spokój. JC: Co Cię najbardziej zaskoczyło w Italii? WD: Może powiem w ten sposób, że zaskoczyłem się Bolzano i Tyrolem generalnie. Oczywiście poziom życia jest tutaj na wysokim poziomie: zarobki, kultura, oświata, bezpieczeństwo. Rynek pracy należy do jednych z najlepszych we Włoszech. Natomiast dla mnie Bolzano ma tyle wspólnego z prawdziwymi Włochami, co język i część mieszkańców pochodzenia włoskiego. Ewidentnie widać, że pozostałości przynależności austriackiej grają główną rolę jeśli chodzi o charakter regionu. Natomiast jak najbardziej zachęcam do odwiedzenia Bolzano, Tyrolu i Dolomitów. Natura potrafi tutaj zachwycić. Niektórzy miejscowi śmiali się, że widziałem więcej miejsc w Tyrolu niż oni, którzy całe życie tu mieszkają. JC: A poza Tyrolem? WD: W Tyrolu Południowym odwiedziłem naprawdę sporo miejsc; miast i miasteczek, jezior,odbyłem kilka wędrówek górskich. Nie udało mi się jeszcze „zjeść Marmolady” (najwyższy szczyt w Dolomitach), ale jeszcze to zrobię w przyszłości. Miałem to szczęście, że prowincja Bolzano wszystkim wolontariuszom w regionie funduje bilet na przejazdy autobusami i pociągami w regionie Tyrolu Południowego. Również w ten zakres wchodzi przejazd kilkoma kolejkami górskimi. M.in. w czasie pierwszego weekendu wybrałem się jedną z kolejek do rejonu Renon, położonego jakieś 800 m ponad Bolzano. Tam też przecież zupełnie przypadkiem nawiązałem znajomość z Niemką, która przyjechała do Bolzano kilka dni wcześniej. Odbyliśmy nawet kilka wspólnych wycieczek w okolicy. Po miesiącu musiała wrócić do siebie. A dla mnie zaczął się okres poznawania i integracji z innymi wolontariuszami, który trwał aż do końca ich pobytu w Bolzano. JC: Ciągle rozmawiamy o Tyrolu. Widać, że sporo się wydarzyło przez rok. A jak z tymi wypadami w inne części Włoch? WD: Oj tego, że uzbierało się całkiem sporo. Spełniłem moje największe marzenia włoskie, czyli odwiedziłem Rzym, Neapol, Florencję i Sycylię. Jak na ironię, nie byłem jeszcze w Wenecji, do której jest tylko 3,5 godz. pociągiem z Bolzano. A Sycylia to przecież daleko na południe stąd. c.d.n P.S. Kolejna część wywiadu już wkrótce. IMG_20160914_183433

6 komentarze on “365 dni minęło, jak jeden dzień! cz.2

  1. pezilla Reply

    Wojtuś,…ale zasugeruj-no Janowi Ciekawskiemu, by Cię zapytał o to, co słychać u Rebecci….przecież ten najciekawszy 🙂 wątek nie mógł się, ot tak, urwać 🙂
    Elvis.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *