Julia nie żyje! Gdzie jest Romeo?

SOBOTA 1.10 Nadszedł nowy miesiąc. Strach pomyśleć co to będzie i czego tu jeszcze doświadczę. Zaczyna się bardzo inspirująco. Tym razem z grupą wolontariuszy jedziemy w świat by zobaczyć Weronę. Któż nie kojarzy tego miejsca z bodaj najbardziej znaną na świecie parą kochanków. Czas ich poszukać właśnie tam. W Weronie. I znowu one. Kobiety. Wszędzie. Ja jeden i 5 wolontariuszek. Tak wygląda skład ekipy, która wyrusza na podbój Werony. No to jazda! Pociągiem jedziemy ok 1,5 godz. W tym gronie akurat wszyscy mówią po angielsku, więc nie ma problemów z komunikacją 🙂 A są przedstawicielki Niemiec, Bośni oraz Węgier. No i oczywiście Polak. Już w pociągu udaje się przypadkiem nawiązać rozmowę z dwiema starszymi Paniami. Są zaskoczone, że mówimy cały czas po angielsku. Vice versa. Mało kto mówi dobrze po angielsku w tym regionie. A te Panie przyjechały na 3 tygodnie do Italii na urlop. A dokładniej to przyleciały z USA. Niesamowite jest to we Włoszech, że prawie na każdym kroku można się spodziewać dialogu z przypadkowymi osobami. A kto powiedział, że to był przypadek? No to jesteśmy na miejscu. Od razu “czuć”, że jest bardziej włosko niż w Bolzano. I bardziej płasko. To już nie góry jak w Tyrolu Południowym. Ale na pewno będzie ciekawie. Już od początku daje się poznać jako sympatyczne miasto: IMG_20161001_102621.jpg Kto by nie uwierzył, temu uwodzicielskiemu spojrzeniu? Jeszcze tylko przekroczyć główną bramkę i jesteśmy w okazałym i dość rozległym centrum miasta. Od razu udajemy się do centrum informacji turystycznej, aby dostać coś za darmo. Najlepiej mapę miasta z zaznaczonymi głównymi atrakcjami. Mówisz i masz! Można zacząć spacer. Już na początek prawdziwy rarytas. Jesteśmy na Piazza Bra a tutaj Amfiteatr (Arena) – trzeci do wielkości we Włoszech: img_20161001_105702 A przy okazji dziesiątki Ferrari. Tylko posłuchajcie tego ryku silników. Włosi to mają życie tutaj. Czasu nie ma dużo, a miasto jest duże. Czas iść dalej. Idziemy następnie ulicą Mazzini. Tłum nie z tej ziemi. Dziesiątki sklepów. Ta ulica to zapewne centrum mody w Weronie: IMG_20161001_110637.jpg Utwierdza nas to w przekonaniu, że tutejsze centrum miasta to nie Bolzano i trzeba się trzymać razem by się nie zgubić. Przy okazji da się zauważyć, że we Włoszech ludzie lubią ubierać maski i zachowywać się w zależności od sytuacji: IMG_20161001_111006.jpg To która twarz jest prawdziwa? Bo ja już naprawdę nie wiem. Po przejściu całej ulicy zaczynamy się rozglądać za miejscem do wypicia kawy, by potem poszukać Julii. I nie chodzi tutaj o wolontariuszkę. Wtedy wydarza się coś, czego chcieliśmy uniknąć. Wchodzę na chwilę do jednej knajpki by się zorientować w cenach kawy (w takich większych i typowo turystycznych miastach to różnie bywa). Po minucie wychodzę i dziewczyn nie ma… To znaczy jest dużo, ale nie moich wolontariuszek. No to niezły bigos. Krążę 5 minut po okolicy i nic. A wspomnę, że nie mam jeszcze internetów przy sobie. I co teraz? Czyżbym miał jednak sam zwiedzać to piękne miasto? Idę zatem przed siebie. A po 2 minutach widzę obrazek z napisem “Free WiFi”. Eureka! Jestem uratowany. Podłączam się do internetów i szybko piszę do kilku osób na fejsbuku. I po 2 minutach jest odpowiedź. Dziewczyny szukają Julii pod balkonem! Uff… Patrzę na mapę i jest to dosyć blisko. Idę zatem i po kilku minutach odnajdujemy się pośród wielkiego tłumu. A oto Casa di Giullietta: IMG_20161001_113804.jpg Jak widać czasy się trochę zmieniły. Julia na balkonie, a Romeo w oknie obok robiący foty. Można i tak. A na dole trochę inna Julia: img_20161001_113831 Ta to chyba nie ma zbyt łatwego życia. Ale niektórzy są zadowoleni. Bo mogą objąć Julię i przy okazji zrobić sobie z nią zdjęcie 🙂 No dobra. Czas wreszcie wypić tą pierwszą w życiu kawę w Weronie. Jak widać wszystkie “Julie” tryskają humorem: img_20161001_114939 A kawa z likierem też dobrze wchodzi. Kosztuje 2,5 euro, więc cena jest dość atrakcyjna: img_20161001_115143 Dobra. Czas wyruszyć w poszukiwaniu drugiej połówki. Znaczy drugiego balkonu. “Romeo gdzie jesteś?”: img_20161001_124828 Czy to ten balkon? img_20161001_124810 Chyba jednak nie. Coś mało ludzi tutaj krąży. Wszyscy chcą zobaczyć tylko Julię? Niemożliwe. No tak. Mamy pecha bo wejście na dziedziniec jest akurat zamknięte. No to powiedzmy, że ten balkon powyżej to ten właściwy 🙂 Tymczasem po krótkim spacerze w stronę rzeki, czas zerknąć na mapę i zastanowić się gdzie iść dalej: IMG_20161001_125510.jpg No to wymyśliłem. Tam właśnie pójdziemy. Tylko najpierw trzeba zjeść pierwszą w życiu pizzę w Weronie. Przy okazji podziwiając piękno tutejszej architektury: img_20161001_131924 Pizza mniam, mniam. Ale zaraz! Co one tu robią? IMG_20161001_134511.jpg A niech to! Znowu one. Przecież to nie Kraków. Zjem sam. Nie dam ani kawałka! Jak chcą się nakarmić to niedługo odlatuję samolot do Krakowa. Albo niech same polecą. Na pewno nie pożałują. A oto Piazza delle Erbe (nr 1 atrakcji w Weronie wg TripAdvisor): IMG_20161001_142835.jpg Pizzę jemy właśnie tutaj. 10 euro do jeszcze nie majątek. A ile satysfakcji. Jakoś przeżyjemy te gołębie. Najedzeni, tylko gdzie iść dalej? IMG_20161001_145615.jpg No to decyduję, że najpierw zobaczymy katedrę, która jest tuż, tuż, a potem pójdziemy tam zobaczyć tę i tamto. No i to. Ale wcześniej katedra: IMG_20161001_145823.jpg Rany…znowu kobiety! Ja to mam szczęście dzisiaj: IMG_20161001_150023.jpg Po kilkunastu minutach spaceru, już widać w oddali cel naszej wędrówki: IMG_20161001_151349.jpg A po drodze Teatro Romano (zbudowany ponda 2 tysiące lat temu!): IMG_20161001_151855.jpg No to jeszcze parę kroków po schodach w górę i wreszcie to zobaczymy. Ale w trakcie wychodzenia spotyka mnie coś, czego się (nie)spodziewałem. Pośród przechodzącego tłumu ktoś powiedział “Ja pier*”. No to po jakiemu to było? Bo raczej nie włosku! No i jesteśmy już prawie na górze: IMG_20161001_152236.jpg A na górze jest i ona. Wspaniała panorama Werony:) IMG_20161001_155731.jpg Zdecydowanie warte zobaczenia! IMG_20161001_155155.jpg To czas zejść na dół i wracać do centrum. Po drodze przechodzimy przez most, na którym handel trwa w najlepsze: IMG_20161001_164043.jpg Może by spojrzeć na mapę i znaleźć jakiś ciekawy punkt naszej pielgrzymki: img_20161001_165024 A to co? 18+…Czy to miejsce tylko dla dorosłych? A nie. To jednak kościół oznaczony nr 18 na mapie. A obok toaleta. Hahaha. Trochę za daleko więc tam nie idziemy. Ale za to po drodze można zrobić naprawdę świetne selfi: IMG_20161001_171729.jpg To chyba najlepsze zdjęcie jaki udało mi się dzisiaj zrobić. Cała ekipa w komplecie. A nawet ktoś tam jeszcze się załapał. A niech mają! Będą popularni. Tymczasem na Piazza Bra tłum napiera coraz bardziej. To chyba nie chodzi jednak o Ferrari, ale o zwyczaje jakie tu panują. Przyznam, że coraz bardziej mi się to podoba: IMG_20161001_173200.jpg W tym momencie 2 dziewczyny wracają do Bolzano. Było miło. A reszta idzie zobaczyć jeszcze grób Julii. Niestety tylko tyle mogę pokazać: IMG_20161001_174918.jpg Za wejście do środka trzeba zapłacić 4,5 euro. Co za zdziercy 🙂 Lepiej napić się piwa w Weronie. Mamy jeszcze 2 godziny do pociągu. Więc spokojnie siedzimy. Nagle zrobiło się 25 minut do odjazdu. To się zagadaliśmy. Jest 19:25 a pociąg o 19:50. Idziemy więc, pewni swego przed siebie. Po kilku minutach spaceru okazuj się, że podejrzanie zrobiło się cicho, ludzi mało i nie ma oznaczenia o dworcu! O nie! To nie ten kierunek. Pytamy więc pierwszą osobę gdzie jest dworzec. Zupełnie w drugą stronę i to 1km drogi! No to są jaja. Kolejny pociąg jakoś 2 godziny później. Więc idziemy. A po chwili już biegniemy. Ktoś nam znowu podpowiada gdzie iść. Ale trochę źle bo okazuje się, że robimy niepotrzebnie koło. Przebiegamy przez rondo na czerwonych światłach. Do odjazdu 10 minut. Masakra!!! Czy zdążymy? …Jest coraz mniej czasu. Gdzie ten dworzec. Jest tabliczka! 19:43! Ustalamy co następuje. Ja biegnę ile tylko sił w nogach i kupię 4 bilety (trzeba kupić na stacji i skasować przed wejściem do pociągu). No to biegnę. Zdyszany. Pot się leje ze mnie… “Stoi na stacji lokomotywa , ciężka ogromna i pot z niej spływa”. Dobra nie czas na wiersze. To niech stoi ta lokomotywa bo czasu niewiele. Wchodzę na stację i gdzie te kasy. O jest jakaś kolejka. A nie, to jest kolejka to szybkich linii (takie tam włoskie Pendolino). “Panie, gdzie linie regionalne? Dove…” Tam, w automacie. O kurcze. No to pędem. Klik, klik. Jest interfejs angielski. Będzie szybciej. 4 bilety. “Proszę czekać. 1 bilet w trakcie drukowania…2 bilet w trakcie drukowania…przeklęta maszyna! Szybciej! Tymczasem ktoś mnie dotyka za ramię. Owracam się a tu jakiś gość się pyta “Panie, daj Pan 50 centów”. No nie. Czy gość jest ślepy? 🙂 No, no, no time! Są w końcu bilety. Wszystko dzieje się na przestrzeni minut(sekund). Są i dziewczyny! Która godzina? 19:48. Zostało 2 minuty. Który peron? 11! To daleko! No to gazu. Jest i lokomotywa, jeszcze stoi! Kasujemy bilety i wsiadamy. Po minucie pociąg rusza…Co za historia! Dzięki Panie Julianie! Dzięki Julio!Dzięki dziewczyny! Wspaniały dzień w Weronie. W pociągu jeszcze mogę poćwiczyć angielski i niemiecki. Przy okazji zaprosić do rozmowy jednego Pana, który zmierza do Merano. Po niemiecku. Tutaj ludzie są naprawdę otwarci do rozmowy. Thank you! Hvala! Vielen Dankt! Köszönöm! Dzięki!  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *